8 marca 2014

Młode lata Zenka Stawickiego

   
       Tak jak obiecałem, przekazuję do poczytania młodzieży część moich rodzinnych historii. Ta dotyczy mojego ojca, który swoje młodzieńcze lata spędził na robotach w Niemczech podczas II wojny światowej. Ta krótka historia jednego młodzieńca, jest historią bardzo wielu ludzi i praktyczne wszystkich polskich rodzin w latach wojny. Z mojej najbliższej rodziny w Niemczech było pięć osób.
Podaję to opowiadanie młodzieży, żeby miała świadomość tego, że młodość nie zawsze jest beztroska. Dlatego i współcześnie trzeba tą młodość potraktować odpowiedzialnie w spojrzeniu na przyszłość. Poniżej - część wspomnień z książki „Kapitulna 64”.



·                                                      * * *
           
Tata przyznał się kiedyś, że lubi łowić ryby. Choć mamę zupełnie to nie interesowało, to jednak kiedyś dała się namówić na wędkarską wyprawę, na Zgłowiączkę. Szli na Rudę. Ładna pogoda i przestrzeń po minięciu ulicy Robotniczej dawały swobodę i odprężenie. Szli przez lotnisko, gdzie na jałowej ziemi królował marny rozchodnik, by dojść do niewielkiego spadu terenu. Tu ukazał się im ogromny szmat łąki i widniejące z dala wysokie olszyny, okrywające swoim cieniem, dobrze znaną rzekę. Jak cicho idzie się wąską ścieżką po miękkiej łące! Jeszcze tylko niewielki rowek i już po prawej stronie odczuwa się bliskość rzeki, a po lewej widać dojrzewające żyto Antka Nowakowskiego. Jak każdy, komu się nie śpieszy, zatrzymują się na drewnianym moście, by przechyliwszy się przez barierkę po lewej stronie, spoglądać w płytką w tym miejscu rzekę rozciągniętą w naturalny bród. Majestatycznie w wodzie poruszają się szeroko, unoszone prądem wodne trawy, przyczepione do dna rzeki w formie ogromnych, zielonych bukietów. Gdy dobrze się przypatrzeć, to można zauważyć, jak z kępy do kępy śmigają po dnie małe rybki. Można by przypuszczać, że to najpopularniejsze w tej rzece – kiełbiki, ale tata wie, że ten odcinek rzeki upodobały sobie małe rybki - kozy. Można dopiero o tym się przekonać, wchodząc do bardzo płytkiej w tym miejscu wody i podpatrując je z bliska. Idąc dalej przez most, nie da się nie spojrzeć na skromne, wiejskie zabudowania blisko po prawej stronie na niewielkim wzniesieniu.
 To tu …
 Idą dalej, skręcają na lewo mijając chałupę Szurpity. To rodzinny dom matki. Tu mieszkali Gryczewscy, zanim przeprowadzili się do Włocławka na Wiejską. Tuż za tym domem - cel wędkarskiej wyprawy, dobrze znajome tacie miejsce nad rzeką.
            Lekka skarpa, za plecami wysoka trawa łąki, a w dole leniwie w tym miejscu tocząca swoje wody rzeka. Choć nie jest głęboko, nie widać dna. Zaraz po lewej stronie, z sobie tylko znanej przyczyny, woda zakręca i nawet jakby lekko się cofa, by za moment popłynąć dalej z nurtem. To wir, koło którego z pewnością można złowić jakąś rybę. Wędkarz bez problemu montuje wędkę i po założeniu przynęty na haczyk odwraca się do dziewczyny:
- Popluj! – podstawia robaka.
Z obrzydzeniem popatrzyła na kopanego robaka. Nie da się wciągnąć w jakieś wędkarskie zabobony.
Żyłka z lekkim pluskiem spada na wodę i za chwilę widać tylko pomalowany na czerwono wystający z wody koniec spławika z kory. Wiadomo, będzie płynął, aż zatrzyma się w wirze. Wędkarz prowadzi go wzrokiem, siłą rzeczy odwracając głowę w lewo.
To tu … Ciśnie się do głowy natrętnie wspomnienie, gdy wzrok zatrzymuje się na nieodległych zabudowaniach. To tu w 1940 roku, a więc zaledwie siedem lat temu, rozpoczęła się droga poniewierki i poniżenia. Droga poniewierki szesnastoletniego, ambitnego chłopaka, który miał swoje marzenia i plany. A wszystko dlatego, że znaleźli się ludzie, którzy uwierzyli, że powołani są do bezwzględnego podporządkowania sobie całego świata. To nazizm. Zapomnieć się nie da. Chciałby to opowiedzieć, może będzie lżej, ale najpierw musi sobie to wszystko uporządkować, przemyśleć. Choć to trudne – przeżyć jeszcze raz.

Nie może i nie będzie dłużej się ukrywał. Przez dwa tygodnie pobytu tu, u rodziny Nowakowskich na Rudzie, wiele myślał. Widział jak gospodarze martwią się jego sytuacją, ale widział też przestrach w ich oczach; co będzie jak przyjdą Niemcy? Oczyma wyobraźni widział swój dom na Kapitulnej i rodziców nachodzonych przez Niemców z ciągle tym samym pytaniem:
- Wo ist Zenon Stawicki!
Jak długo będą odpowiadać, że syna nie ma i nie wiedzą gdzie jest?

Na Rudzie znalazł się po ostrzeżeniu przez kogoś, kto miał styczność z Niemcami, a sporo ich we Włocławku mieszkało; choćby na Jasnej – rodzina Neringów i Brenów. Ten informator zalecał też dziadkom, aby syna nie było w domu. No i tak zrobili.

Poszedł wieczorem w kierunku Włocławka. Nie niepokojony przez nikogo po drodze doszedł do domu. Zdawali sobie wszyscy sprawę z tego, że to powitanie, jest jednocześnie pożegnaniem.
Przyszli tej samej nocy. Jednak ktoś musiał donieść. Było ich dwóch. Kazali wychodzić. Nie trzeba było niczego ze sobą zabierać, nawet dokumentów. Niemcy wszystko wiedzieli i posiadali potrzebne dokumenty. Tata wziął jednak swoją szkolną legitymację. Rodzice zdążyli jeszcze uścisnąć syna i pożegnać na długą poniewierkę.
 Kazali wsiąść na samochód i pojechali dalej. Po czasie w ciemności na samochodzie można było rozpoznać sylwetki kilku młodych ludzi. Jacyś nieznajomi. Samochód pojechał dalej, by za chwilę zatrzymać się przed następnym domem. Znów kogoś zabiorą. Tych samych dwóch hitlerowców zniknęło w czeluści nocy. Jeden, uzbrojony w karabin, pozostał na samochodzie. Był znudzony i senny. Przez chwilę, jak błyskawica, pojawiła się myśl: - Jest możliwość ucieczki. Skok z samochodu, jeden płot i … wolność. Ale jaka to wolność? I co z rodziną uciekiniera? Zrezygnował. Pogodził się. Jest więźniem. Jedzie na roboty do Niemiec.
Zawieźli ich do jednej z trzech szkół na ulicę Starodębską, tej najbliższej ulicy Wolność, a potem koleją, w wagonach trzeciej klasy osobowego pociągu (pulmany) bezpośrednio do Stralsundu, na północ Niemiec tuż przy wyspie Rugia. Wyspa połączona jest z miastem długim mostem. Wtedy miasto to mogło mieć około 25 tys. mieszkańców. „Zakwaterowano” ich w szkole. Przydział do poszczególnych rolników czy do innych jednostek gospodarczych, polegał na tym, że wyprowadzano ich na zewnątrz, ustawiano w szeregu i zainteresowani wybierali sobie niewolnika.
            Tatę z placu wziął gospodarz, jak to się mówiło - „bałer” - z wioski Katzenow, która znajdowała się około 9 kilometrów na południowy zachód od Richtenbergu koło Stralsundu. Na początek w Richtenbergu zrobili tacie zdjęcie do obowiązującego dokumentu pobytu w Niemczech – książeczki z Urzędu Pracy tzw. Arbeitzamtu. Dostał numer ewidencyjny Ba 1324. Dostał też emblematy z literą „P”, co oznaczało robotnika przymusowego – jeńca z Polski. Emblemat ten Polacy byli zobowiązani nosić na każdym ubraniu na piersi po lewej stronie. A ubrania miał tata tylko dwa: na co dzień - robocze i od święta - wyjściowe.
           
            Trafił do dobrego gospodarza. Od początku traktował tatę tak, jakby czuł się on  zobowiązany, żeby choć w części zastąpić mu ojca. Tata miał wtedy 16 lat. Gospodarz miał syna Gintera, młodszego od taty o około pięć lat. W tym gospodarstwie był jedynym Polakiem. Robił wszystko to, co robi się w gospodarstwie rolnym. Samodzielnie powoził też końmi, jeżdżąc po okolicy i załatwiając różne sprawy. W sumie w wiosce było piętnastu  Polaków, z którymi tata miał możliwość nieskrępowanego kontaktu.
           
            Tata w domu swoich gospodarzy miał swój pokój na górze i tam też spał. Był to dom zbudowany z tak zwanego „pruskiego muru”. Takie budowanie polegało na tym, że dom miał konstrukcję z luźnych, w specjalny sposób połączonych belek, między którymi pustą przestrzeń wypełniano materiałem budowlanym: gliną lub cegłami. W tym przypadku mury nie były grube. Zimą w nieopalanej izbie było bardzo zimno. Tata spał pod pierzyną i nieraz para z oddechu zamarzała na pierzynie przy twarzy, zostawiając warstwę szronu. Mimo takich warunków nigdy nie zachorował. Tylko jeden raz, kiedy widział w nocy przez zamarznięte okno jasność spadających daleko „świecących” bomb, rozgrzany otworzył okno, żeby lepiej widzieć i wtedy rano miał chrypkę. Jednak nie zachorował.
            Gospodarz rano budził tatę. Polegało to na tym, że otwierał na dole drzwi i mówił donośnie, ale nie rozkazująco:
            - Zenon! Aufstehen!
            Tata czekał na to zawołanie, bo najczęściej to już nie spał. Schodził na dół, mył się i zasiadał z całą rodziną Niemca do stołu na wspólne śniadanie. Podobnie było przy obiedzie i kolacji. Posiłki przygotowywała gospodyni.
            Po krótkim czasie pobytu w Niemczech zaczynał rozumieć niemiecką mowę. Gorzej było z czytaniem. Kiedyś przy posiłku trzymał w rękach gazetę. Zainteresowała się tym gospodyni i spytała, czy umie czytać. Przeczytał na głos kilka słów, ale wtedy nie wyszło to najlepiej. Choć wierzył, jak wszyscy, że wojna kiedyś się skończy, to uznał, że języka powinien się nauczyć. Uczył się sam i wkrótce z Niemcami mógł się porozumieć.
            Jak to na początku, nie zawsze niemieckie słowa i zwroty były dla taty jednoznaczne.     Kiedyś gospodarz kazał coś przynieść. Tata zrozumiał, o co chodzi i poszedł. Ale wrócił bez tej rzeczy. Zdziwiony Niemiec spytał, dlaczego wrócił z pustymi rękoma.
            - Ich bin zu kurz. – odpowiedział Tata.
            Śmiali się z tego wszyscy.
           
            W 1941 roku, władze niemieckie zakazały swoim obywatelom spożywania posiłków przy jednym stole z robotnikami przymusowymi. W przypadku taty sprawę rozwiązano w ten sposób, że dostawiono w izbie dodatkowy stolik dla robotnika. Gospodyni podawała tacie posiłek na tym stole. Nieraz widział, że dostawał nawet więcej od gospodarza. Nie miał krzywdy w kwestii wyżywienia. Gorzej mieli Polacy na odległej o dwa kilometry koloni. Tam gotowali sobie sami i czasem głodowali. Kilka razy nosił im tata kury od swojego gospodarza. Nie mógł za dużo wynieść, żeby gospodarz się nie domyślił. Kurę najpierw złapał, chował za pazuchę i trzymał za łeb, żeby nie robiła zamieszania. Potem dopiero w krzakach zabijał.
           
            Z czasem Polacy jakby zaczęli się aklimatyzować w warunkach niewoli. Choć było wiele rygorów i ograniczeń; np. nie wolno było polskim chłopcom spoufalać się z niemieckimi dziewczynami i polskim dziewczynom z Niemcami, to jednak równocześnie mieli sporo swobody. To tata zauważył niebezpieczeństwo używania w rozmowach między sobą języka niemieckiego. Dotyczyło to w szczególności jednego młodego kolegi – syna polskiego oficera. Wierzono przecież, że kiedyś powrócą do ojczyzny, do swoich rodzin i aby nie zapomnieć języka, powinni między sobą rozmawiać tylko po polsku. W trosce o tego chłopca tata zwrócił mu kiedyś na to uwagę. Szkoda mu było chłopaka.
            Byli kiedyś w liczniejszym towarzystwie Polaków. Ten młodzieniec znów w rozmowie zaczął wtrącać niemieckie słówka i zwroty. Tata podszedł do niego i „strzelił” na odlew w policzek. Wszyscy byli zaskoczeni, nie rozumiejąc zupełnie sytuacji. Młodzieniec ten podszedł jednak do taty, podał rękę i podziękował.
            Od tamtego zdarzenia wszyscy starali się mieć na uwadze, że jednak są Polakami.
                       
            W Polakach była chęć spotykania się w grupie, jednak zorganizowane spotykanie się było zabronione. Z czasem umawiali się w lesie, gdzie były nawet potańcówki. Ktoś grał na akordeonie kupionym na miejscu. Był to tani instrument, ale dobry. Żeby było bezpiecznie, na skrzyżowaniu dróg wystawiali czujki, w razie gdyby nadjechał jakiś patrol policji.

            W tej wsi, a może w sąsiedniej, było większe gospodarstwo – państwowe. Mówili na nie – kolonia. Pracowało w nim aż siedmioro Polaków. Była nawet jedna kobieta z synem. Był tam duży dom i przestronny strych, na którym też spotykali się Polacy i grali w karty. Oczywiście były to spotkania nielegalne. Zasadniczo nie było problemu z opuszczeniem miejsca pobytu, ale trzeba było iść po przepustkę do burgermajstra, to znaczy sołtysa (właściwie to oznacza burmistrza). Przepustka była wystawiana do konkretnego miejsca i w konkretnej sprawie. Ale jak tu powiedzieć, że idziemy grać w karty?
            Pewnego dnia spotkali się na tym strychu w siódemkę. Grali w karty. W pewnym jednak momencie zauważyli przez okienko, że do domu zbliża się wachtmajster (posterunkowy). Nie wiadomo było, po co idzie, ale tata na wszelki wypadek wciągnął na strych drabinę, stanął przy kominie skąd dobrze było widać cały strych i wydał dyspozycje:
             - Siedzieć cicho, a jak dam ręką znak – skakać przez okienko i uciekać!
            Okienko było co prawda na tyle duże, żeby bez problemu przez nie się wydostać, ale to było jednak dość wysoko. Wyjścia jednak nie było.
            Usłyszeli, jak Niemiec wszedł do domu i zbliżał się do strychu. Zatrzymał się, ale za chwilę odszedł. Okazało się, że poszedł poszukać innej drabiny. Przystawił drabinę do otworu w suficie i zaczął na nią wchodzić. A więc wiedział, że ktoś tam jest. Nie było już, na co czekać; znak ręką i wszyscy uciekają. Tata też zdążył uciec, ale jednego policjant złapał, no i on pozostałych wydał.
            Chłopaki problemu nie mieli, ale ich gospodarze popłacili mandaty, że nie pilnują swoich niewolników.

            Kiedyś syn gospodarza, poczuwszy się zapewne rasowym Niemcem, a może nieświadomie, powiedział niespodziewanie do taty:
            - Du polnische Schweine!
            Natychmiast dostał od taty w twarz. Zaskoczony, że niewolnik go uderzył, rozpłakał się i pobiegł ze skargą do matki. Tata czekał, co się będzie działo. Kobieta wyskoczyła z domu i zaczęła krzyczeć na tatę. W pobliżu był gospodarz. Podszedł i zapytał tatę, co się stało.
            - Ginter powiedział na mnie: „Du polnische Schwaine”. - poinformował spokojnie tata.
            Niemiec zwracając się do syna powiedział wskazując na tatę:
            - On jest teraz z nami. Tutaj pracuje i trzeba go szanować!
            Potem wyciągnął ze spodni pasek i synalka publicznie przetrzepał po wiadomej części ciała.

            Któregoś dnia tata widział, jak gospodarz trudził się, próbując wstawić w obramowanie okna wypadnięte cegły. Nie szła mu ta robota. Tata poprosił, czy nie mógłby popdjąć się tego zadania. Jak dotąd, jeszcze nigdy nie murował, ale pojęcie o tym miał, bo często tę robotę obserwował, gdy nosił obiady na budowę swojemu ojcu. Do pracy tej podszedł więc „fachowo”. Włożone na zaprawę wapienną z cementem cegły zabezpieczył deskami, aby się nie ruszały i kazał czekać ze zdjęciem tych desek dwa dni. Po tym okresie, zaprawa dobrze związała i cegły mocno siedziały w murze. Niemiec był bardzo zadowolony.

            Gdzieś po roku czasu znudziła się tacie robota u gospodarza. Postanowił sam poszukać sobie innego zajęcia. Radził się Polaków, jak należałoby taką sprawę załatwić.
            Słyszał, że jest robota we Franzburgu, gdzie pracował cioteczny brat – Kazik Kowalski. Nie mówiąc nic gospodarzowi, pewnego dnia poszedł. Co prawda wziął przepustkę, ale do bliższej miejscowości i w odwrotnym kierunku. Z Kazikiem spotkał się, a ten poszedł do gospodarza spytać o pracę. Pracy jednak nie załatwił. Polacy poradzili tacie iść dalej do Arbaitsamtu w Dangarten. Na noc zatrzymał się u Polaków trzy kilometry dalej. Przenocowali go w oborze. Poszedł dalej zaopatrzony na drogę w żywność przez gościnnych Polaków. Dotarł w mieście do Arbeitsamtu, mogło być to nawet 40 km od Katzenow, ale po przedstawieniu swojej sprawy, zamknięto go od razu w areszcie. Na drugi dzień zjawił się w areszcie policjant po odbiór zbiega. Tata twierdzi, że był to gestapowiec. Podczas tego spotkania, już na „dzień dobry” został uderzony w twarz. Jednak dało się odczuć, że to była tylko jakby gra. Nie było to silne uderzenie, jakiego można było się spodziewać. Hitlerowiec zawiózł zbiega do gospodarza i na tym przygoda się skończyła.
            Jak się potem okazało, gdy tata zniknął, gospodarz zgłosił ten fakt na policję, tak, że władze policyjne już tatę szukały. Na szczęście nie skończyło się to gorzej. Być może gospodarz zastrzegł, że chce mieć zbiega z powrotem, a resztę sam sobie z nim załatwi.

            Gospodarz taty, u którego pracował w Niemczech, choć rolnik, był zmilitaryzowanym. Jako wojskowy nosił niemiecki, żółty mundur. Tata mówił, że należał do SA (może chodziło o NSDAP). Chyba ten Niemiec nie był takim oddanym narodowcem skoro nie zgodził się oddać swojego jedynego syna Gintera do jakiejś hitlerowskiej szkoły czy organizacji. Może to było Hitler-Jugend?
           
             Kiedyś, gdy jego rodzice pojechali do miasta, Ginter włączył sobie radio i szukał czegoś zmieniając fale. Mógł to być 1943 rok. W pewnym momencie usłyszał w radio polski język. Wiedział, że mówią po polsku, bo takim językiem posługiwali się robotnicy w gospodarstwach. W jakimś ludzkim odruchu, zapewne nieświadomym, zawołał tatę, aby posłuchał sobie polskiej mowy w radio. Zupełnie nie rozumiał, o czym mówiono.
            - Zenon komm! – zachęcał.
            Tata skorzystał „z uprzejmości” Niemca i słuchał radia z pół godziny. Niemiec w tym czasie pilnował, czy nie wracają rodzice. Mówili w nim o mordzie Rosjan na polskich oficerach w Katyniu. To właśnie w Niemczech dowiedział się o Katyniu. To ta zbrodnia zdecydowała o negatywnym, wręcz wrogim nastawieniu taty do „ruskich”. Późniejsze zdarzenia tylko to potwierdzały.
            Tylko ten jeden raz przez całe pięć lat spędzone w Niemczech słyszał z radia polską mowę.

            Trzynastego kwietnia 1943 roku niemieckie radio nadało zdumiewający komunikat: w masowych grobach w lesie katyńskim, w okupowanej przez Niemców zachodniej Rosji, oddziały Wermachtu znalazły ciasno ułożone ciała przeszło czterech tysięcy polskich oficerów. Według hitlerowców sprawcami mordu byli Rosjanie.
            Wiadomość o masakrze spadła na rozsianych po świecie Polaków jak grom z jasnego nieba. Od dwudziestu miesięcy, to jest odkąd generał Anders zaczął w Rosji tworzyć armię, rząd polski poszukiwał tych oficerów i jedenastu tysięcy innych – wszyscy oni zaginęli wiosną 1940 roku. Od tamtej pory w notach i listach, podczas oficjalnych i nieoficjalnych wizyt polscy przywódcy, z Sikorskim i Andersen na czele, wielokrotnie dopominali się u Sowietów o informacje o zaginionych, ci zaś nieodmiennie twierdzili, że nie mają pojęcia, co się z nimi stało. W roku 1941 Stalin wysunął przypuszczenie, że Polacy uciekli do Mandżurii. Kiedy znaleziono ich ciała na terytorium Związku Sowieckiego, Kreml wyparł się wszelkiej wiedzy na ten temat. Sowieccy aparatczycy snuli domysły, że polscy oficerowie wpadli w ręce Niemców i zostali zabici po ich najeździe na Rosję.

            To cytat z książki „Sprawa honoru” – Dywizjon 303 Kościuszkowski – Zapomniani bohaterowie II wojny światowej. Autorzy: Lynne Olson i Stanley Cloud.
           
            Niemcy byli różni. Był też jeden taki, który w obecności Polaków poruszał tematy, za które mógłby mieć kłopoty, gdyby ktoś na niego doniósł. Już w 1943 roku twierdził, że Niemcy wojnę wkrótce przegrają, ale państwo niemieckie pozostanie, choć mniejsze terytorialnie. Opowiadał też, że razem z Hitlerem leżał w szpitalu w Greifswaldzie (to niedaleko od Stralsundu i Peeneminde). To właśnie z Greifswaldu wystrzeliwano rakiety V-1 czy V-2 na Anglię. Produkowano je w Peeneminde.

            Zasadniczo tata nie miał zastrzeżeń do swojego gospodarza. Jak na warunki wojenne zachowywał się on przyzwoicie. Tak zachowywała się większość gospodarzy w wiosce. Tylko jeden był bardzo podły. Tego Rosjanie, zaraz po wejściu do wioski w 1945 roku, po wskazaniu przez miejscowych robotników przymusowych, bez sądu „rozwalili”.
           
            W wiosce było dwóch niemieckich myśliwych, którzy robili wino. Polacy podpatrzyli, gdzie oni to wino przechowują i im podbierali. Kiedyś z flaszką takiego wina poszli do znajomego Niemca – nauczyciela, na pogawędkę. Zaproponowali kielicha, lecz odmówił. Ale kiedy ponalewali sobie, to i on się skusił. Miał to być ze strony Polaków taki gest, że oni szanują dobrych ludzi, za jakiego tego nauczyciela uważali.

            Polacy mieli „na robotach” aparat fotograficzny i robili sobie pamiątkowe zdjęcia w różnych sytuacjach. Na obróbkę zdjęć u fotografa mieli pieniądze, bo za niewolniczą pracę otrzymywali wynagrodzenie w wysokości 10 marek na miesiąc.

            Młodzi rozsądnie rozpatrywali możliwości ucieczki z niewoli. Mieli takie zamiary i plany, czekając na sprzyjające okoliczności. W związku z tym tata suszył na słońcu mięso i trzymał schowane w bezpiecznym miejscu na wypadek nadarzającej się okazji ucieczki. O ucieczce rozmawiał z jednym z kolegów - Polakiem. Zaplanowali ucieczkę pieszo do Polski. Jeden miał nieść na ramieniu widły, drugi grabie i tak udając „miejscowych” robotników rolnych, myśleli, że uda się im przedostać do Polski. Te plany jednak nigdy nie zostały zrealizowane.
           
            Kiedyś, w mroźną zimę, gospodarz obudził tatę i kazał jechać do miasta, do Richtenbergu, po lekarza do chorej żony. Sprawa była na tyle poważna, że sam gospodarz pomagał zaprzęgać do wozu zaspane konie. Żeby po drodze było cieplej dał tacie do owinięcia się polski wojskowy płaszcz. Tata lekarza przywiózł i musiał go z powrotem do miasta odwieść. W drodze powrotnej z miasta, był już tak zmęczony, że zasnął na wozie i konie prowadziły same. Po pewnym czasie, ale jeszcze we śnie, miał przeczucie, że nie są na dobrej drodze. Obudził się i faktycznie to nie była droga, którą powinni jechać. Zawrócił konie sądząc, że dojadą do właściwej drogi. Przypuszczał, że konie same skręciły, ale nie wiedział, dlaczego. Powinny przecież iść same do gospodarza. Dojechał szczęśliwie na miejsce i dopiero tam, po rozmowie z gospodarzem zrozumiał, dlaczego konie skręciły.
            Gospodarz jeżdżąc do miasta, w drodze powrotnej zawsze wstępował do swojej teściowej, zjeżdżając z głównej drogi. I w tę właśnie drogę i tym razem skręciły mądre konie.      Ten płaszcz dał gospodarz tacie, gdy wracali do Polski. To był płaszcz kawaleryjski, zabrany przez gospodarza z Polski, gdy jako żołnierz niemiecki brał udział w wojnie w 1939 roku. Ten płaszcz odegrał znaczącą rolę w drodze powrotnej taty z niewoli niemieckiej.

            W drodze do Richtenbergu w pewnym miejscu jedzie się na lewo jakby okrężną drogą. Jest to związane z tym, że po prawej stronie jest duże jezioro, oddzielone od drogi rozległymi łąkami. Kiedyś nad tymi łąkami widział tata nisko lecące angielskie samoloty. To były myśliwce – „hurricany”. Może byli w nich polscy piloci?

            Na terenie, na którym przebywali, nie było działań wojennych. Gdzieś daleko słychać było odgłos armatnich wystrzałów i wiadomo było, że wkrótce nastąpi wyzwolenie. Nie wiadomo skąd w wiosce pojawili się Rosjanie. To nie była jakaś zorganizowana armia, ale większa grupa sowieckich żołnierzy.

            Pierwsze spotkanie z Rosjanami było dramatyczne i pełne emocji. Tata akurat jechał rowerem do sąsiedniej wioski, w której mieszkała teściowa gospodarza, aby zorientować się, co tam się dzieje. Ujechał tylko kawałek drogą, gdy zobaczył jak z sąsiednich zabudowań wybiegła znajoma dziewczyna, polka z Ukrainy - Leonka Rogockówna – uciekając przed siebie przed pięcioma goniącymi ją radzieckimi żołnierzami. Za nimi biegł krzycząc żołnierz wyższy stopniem. Tych pięciu zatrzymało się, a on biegł dalej za dziewczyną, która już zdążyła dobiec do taty i stanąć za rowerem w oczekiwaniu na to, co się dalej stanie. Żołnierz podbiegł do dziewczyny i chwycił ją za przedramię, z zamiarem zabrania jej. Tata kołowym ruchem ręki w powietrzu zamachnął się i uderzając w rękę żołnierza, odtrącił ją. Ten radziecki oficer wiedział, że tata jest Polakiem, bo miał na ubraniu literę „P”. Taką samą literę „P”, przymusowego, polskiego robotnika, miała dziewczyna. Mimo to, zaskoczony reakcją polskiego chłopaka wykrzyczał:
            - To Niemka!
            - Polka! – odkrzyknął tata. To moja „żenka”. – dodał.
            Chciał powiedzieć –„żona” – w taki sposób, aby Rusek zrozumiał, a mając kontakt z Ukraińcami, którzy też byli na robotach, pomyślał, że słowo - „żenka” - będzie odpowiednie.
            Wtedy Rosjanin wyjął z kabury pistolet i wymierzył go do taty ze słowami:
            - Budu strielat!
            Tata nie namyślając się rozerwał na sobie ubranie i patrząc wyzywająco żołnierzowi w oczy krzyknął:
            - Strielaj! …
            Taką reakcją żołnierz, widać było, że jest zaskoczony. Tata wziął dziewczynę za rękę, rower prowadząc w drugiej, z zamiarem odprowadzenia jej w bezpieczne miejsce tam, gdzie było więcej kobiet. Była uzasadniona obawa, że usłyszą zaraz za sobą strzały, ale żołnierz nie strzelił. Odszedł.

***

            Z Niemiec do Polski wyruszyli dużą, zorganizowaną grupą już 11 maja 1945 roku, w pierwszym dniu po przyjściu Rosjan. Mogło być ich dwanaście, a może nawet piętnaście osób – mężczyzn i kobiet. Wśród nich nie było Leonki. Przy sobie jednak miał tata jej zdjęcie, wśród innych, różnych zdjęć z okresu niemieckiej niewoli. Licząc się z tym, że wojna kiedyś musi się skończyć, do drogi powrotnej byli przygotowani. Już wcześniej starali się zdobyć wszystko to, co może się w drodze przydać. Mieli nawet mapę.
            Wyruszyli niewielkim traktorem z przyczepionym do niego wozem. Jechali tak długo, aż skończyło się paliwo. Po zatrzymaniu się, zobaczyli na polu porzucony traktor rolniczy na stalowych kołach nabijanych dziesięciocentymetrowymi kolcami. Planowali dalej jechać tym traktorem i dlatego próbowali usunąć z kół te kolce. Odtrącali je młotem i kamieniami, ale wszystkich nie dało się odtrącić. Na takich kołach nie dało się jechać po drodze i z traktora zrezygnowali, zabierając tylko paliwo. Jechali dalej. Widzieli na drogach kolumny powracających do swoich domów ludzi między zwartymi rzędami radzieckich czołgów. Choć wojna już się skończyła, wojska radzieckie w dalszym ciągu przemieszczały się na zachód. Jak to tata określał:  – My na wschód, a oni na zachód.

            W jakiejś odległości od trasy powrotu zobaczyli kilkanaście niemieckich armat -  haubic, zamaskowanych i ustawionych w duży łuk. Podeszli na to miejsce z ciekawości. Armaty stały w dobrze przygotowanych stanowiskach, zabezpieczonych, z miejscami dla obsługi. Przy armatach leżało około dwudziestu ciał zabitych, niemieckich żołnierzy. Tata miał trochę przyciasne buty i pomyślał, że może gdzieś znajdzie wojskowe buty na miarę. Znalazł na pobojowisku, ale gdy je podniósł, okazało się, że w jednym jest urwana noga. Porzucił te buty i szukał dalej, aż znalazł gdzieś na jakiejś półce odpowiednie dla siebie. Koledzy w międzyczasie urządzili sobie zabawę z prochem, wysypanym z armatnich nabojów. Sypali z niego ścieżki na ziemi i podpalali. Syczący ogień, ku ich uciesze, przemieszczał się wzdłuż wysypanego prochu. Ot taka igraszka. Tata z tego wypadu wziął jeszcze żołnierski plecak, z charakterystycznym pokryciem zapięcia włochatą skórą prawdopodobnie konia. Ten plecak przez długie lata był na Kapitulnej.
            Ale paliwo w zbiorniku traktora kiedyś musiało się skończyć. Traktor zatrzymał się. Trzeba było coś wymyślić. Ktoś miał wino w butelkach. Jedną butelkę tego wina zamienili u radzieckich żołnierzy na dwa konie. A więc dalej wóz ciągnęły konie. Gdzieś po drodze jednak Rosjanie jednego konia im zabrali.

            Zaraz w pierwszych dniach powrotu, jeszcze na terenie Niemiec, tata niespodziewanie spotkał kolegę, z którym wychowywał się w domu na Pustej. Nie widzieli się od wybuchu wojny. Jaka to była radość z tego spotkania, nietrudno sobie wyobrazić. Kolega nie chciał wracać do Polski i tatę też namawiał, żeby jechał z nim na „drugą stronę”, co oznaczało Zachód. Tata wytłumaczył koledze, że wraca do domu, bo tam musi zaopiekować się mamą i bratem. Takie stanowisko nie było w oczach kolegi wytłumaczeniem, bo sam też miał matkę i dwie siostry. Rozstali się.

            Był taki czas, że przez pięć dni nie jedli chleba. Jakaś, z kolei napotkana kobieta nie miała mleka dla swojego małego dziecka, a miała chleb. Za mleko by go oddała, ale skąd wziąć mleko? Zauważyli, że nieopodal w sadzie stoi krowa i sądząc po wyglądzie wymion, mleko ma. Postanowili krowę wydoić, ale był pewien problem. Stała ona niedaleko domu, który był pilnowany przez radzieckiego żołnierza – wartownika. Może był to jakiś sztab?
            Mimo oczywistego niebezpieczeństwa, tata postanowił tę krowę wydoić. Po umówieniu się z kolegami, co do sygnału ostrzegawczego - podniesiona ręka w przypadku zauważenia przez wartownika - tata przeskoczył przez płot, podczołgał się do krowy i wydoił ją do jakiegoś naczynia. Wszyscy bardzo się bali. Tata krowę doił nie patrząc na to, co robi, tylko na kolegów obserwujących wartownika. Ale udało się i mogli wreszcie pojeść chleba.

            Kiedy dojechali do Odry, trzeba było przeprawić się na drugą stronę. Był przez rzekę przerzucony most pontonowy, jednak na przejście czekali pięć godzin ze względu na transport wojskowy. Dla bezpieczeństwa wszyscy zeszli z wozu, a jeden z mężczyzn, dobrze znający się na koniach, trzymając konia za uzdę przy pysku, przeprowadził wóz na drugą stronę Odry.

            Na polach czasami spotykali krowy i owce bez gospodarzy. Któregoś dnia schwytali barana i na mięsie z niego ugotowali rosołu. Mieli chęć na wołowinę, ale uznali, ze krowa dla nich jest za duża.

            W miejscowości jeszcze z niemieckim napisem - Krojc - (prawdopodobnie chodzi o Krzyż Wielkopolski) rozdzielili się. Tata z kolegami próbował przedostać się do Bydgoszczy, ale na stacji kolejowej zatrzymali ich Rosjanie, zmuszając do pracy, przy rozkręcaniu szyn. Te szyny były ładowane na wagony i wywożone do Związku Radzieckiego. Często widziało się na trasie tylko jeden tor kolejowy, drugi był bez szyn. Jakiś odcinek swojej powrotnej drogi przebyli właśnie na takich odkrytych wagonach, siedząc na szynach.
            To w Krojcu się rozdzielili. Kiedy koledzy i znajomi poszli zorientować się, jak dalej wracać, tata pilnował bagaży. W pewnym momencie podszedł nieznajomy mężczyzna i wziął pierwszą z brzegu walizkę. To nie była według taty jego walizka i tata faceta przegonił. W ostatetocznosci tylko ta walizka została na peronie, gdy już wszyscy odebrali swoje bagaże. Wziął ją tata ze sobą do Włocławka. Było w niej tylko stare ubranie.

            Wracali też pociągiem towarowym z kolegami i innymi ludźmi powracającymi do swoich rodzin. Na różne, nieprzewidziane okoliczności byli przygotowani i mieli ze sobą mocne, grube kije. Słyszeli o przypadkach obrabowywania ludzi w pociągach przez zwyrodniałych, radzieckich żołdaków. Gdzieś na postoju doszły ich odgłosy rozsuwanych drzwi wagonów w ich pociągu. Zorientowali się, że ci, co rozsuwają drzwi dojdą i do nich. Przypuszczali, co to oznacza. Przygotowani, ściskali w pogotowiu swoje kije. Tata siedział tuż przy drzwiach, owinięty w polski, wojskowy płaszcz, który dostał na drogę od swojego gospodarza w Niemczech. Doszli. Drzwi odsunęły się z impetem i w szarości wieczoru zobaczyli dwie podchmielone sylwetki zwycięzców. W napięciu czekali na to, co za chwilę może się stać. Rosjanie o nic nie pytali. Patrzyli przez chwilę w czeluść wagonu, oceniając zapewne sytuację i ze stwierdzeniem jednego z nich: - Plennyje, co znaczy - jeńcy wojenni - zamknęli wagon. Nie wiadomo, co było przyczyną, że odeszli. Czy to, że zobaczyli tatę w wojskowym płaszczu, kojarząc jedną osobę z całym wagonem wracających z niewoli żołnierzy, czy może przestraszyli się zaczepnej postawy wielu młodych mężczyzn w wagonie.

            Byli coraz bliżej Bydgoszczy. Mieli już za sobą ponad dwa tygodnie drogi przebytej w najrozmaitszych okolicznościach. Z Bydgoszczy już tylko niewiele ponad sto kilometrów do celu. Zmęczenie drogą mimo młodych lat dawało się już we znaki. Trzeba jednak wytrwać i dojechać do rodzinnego miasta.
            Z Bydgoszczy udało się wyjechać pociągiem z towarowymi wagonami. Zatrzymywani wielokrotnie po drodze, już nie zwracali uwagi na żadne przeciwności. Byli już blisko.
            I wreszcie stacja Włocławek. Z niedowierzaniem wysiadają na peron, z którego pięć lat temu wyjeżdżali w odwrotnym kierunku, w nieznane. Udało się wrócić. Co za ulga i radość. Ostatnie pożegnania znajomych i uśmiechy.
            Ze zdziwieniem patrzy tata na zbliżającą się do niego powoli, jakby nieśmiało, dziewczynę. Znajoma sylwetka i twarz. To Leonka Rogockówna. Wysiadła z tego pociągu, a może i z tego samego wagonu. Przecież ona ma rodzinę gdzieś na kresach! Po co wysiadła we Włocławku i skąd w ogóle się tu wzięła? Przecież nie wracali razem!
            Podeszła do taty patrząc prosząco w oczy:
            - Zenek, weź mnie ze sobą. Nie mam dokąd wracać.
            Trzeba było coś odpowiedzieć, podjąć męską decyzję. Swoją odpowiedzią nie chciał jej skrzywdzić, przecież jeszcze tak niedawno jej pomógł. Pomyślał o rodzinie i warunkach jakie zastanie w domu. Z nieukrywanym żalem, stwierdził, że nie może jej zabrać ze sobą. Rozstali się. Tym razem na zawsze.
            Śpieszył się do domu. Na wiadukcie kolejowym, z daleka zobaczył znajomą sąsiadkę, starszą już kobietę. Jakby widział ją również wczoraj, przy zbliżeniu się, z uśmiechem powiedział:
            - Dzień dobry pani Karasińska!
            Kobieta zatrzymała się i patrząc na wyrośniętego mężczyznę powiedziała:
            - Ale... ja nie znam pana!
            - To ja, Zenek, nie poznaje mnie pani. Mieszkałem na Pustej pod 7-ką, od strony podwórka - trochę rozbawiony taką sytuacją odpowiedział tata.
            Wtedy dopiero kobieta tatę rozpoznała.
            Dalej poszedł znajomymi ulicami swojego rodzinnego miasta. Szedł w wojskowym płaszczu z dwiema walizeczkami w rękach. Serce biło mocno, ale jeszcze mocniej zabiło, gdy zobaczył swój dom. Wreszcie jest u siebie.

***

            Kołujący łagodnie w niewielkim wirze spławik nagle zaczął zachowywać się dziwnie; to trochę podskakiwał, to jakby trochę się zanurzał. Zwróciło to uwagę mamy, ale nie wtrącała się. Przecież to nie ona łowi ryby. Ale kiedy spławik gwałtownie zanurzył się, a wędkarz nie reagował – krzyknęła z przejęciem:
            - Bierze!
            Reakcja była natychmiastowa; krótkie, zdecydowane podcięcie i trzepoczącego się jazika już widać nad powierzchnią wody.
             Tata miał wrażenie, że nad tą wodą siedzą już długo. Choć to było lato, poczuł lekki chłód.
            - Wracamy do domu? – zapytał.
            Powstanie z miękkiej trawy wyrażało zgodę. Ryba też wróciła … do wody.


***
To tyle z książki.
Będąc w Niemczech mój tata otrzymał urzędową wiadomość o śmierci swojego ojca, Wacława Stawickiego. Było to w 1944 roku. Kiedy wrócił po wojnie do Polski zastał w domu tylko matkę i najmłodszego brata. Siostrę też zabrali do Niemiec i do rodzinnego domu już nie wróciła. Zamieszkała w Kwidzynie (o Kwidzynie wspominałem w jednym z felietonów). Drugi brat z Niemiec nie powrócił. Spotkali się dopiero w siedemdziesiątych latach ubiegłego wieku.            Ciekawe historie. 



6 komentarzy:

  1. Ciekawa historia. Ja opiszę trochę inną i to w telegraficznym skrócie.

    "Na robotach" w Niemczech przebywali rownież moi rodzice. Mamę,16-letnią dziewczynę zwinęli Niemcy z ulicy we Lwowie a ojca z Łodzi gdzie pobierał kursy na czeladnika krawieckiego. Wylądowali niedaleko od siebie w Zagłębiu Rurhry nieopodal granicy z Francją. Mama na początku pracowała na torach kolejowych przy ich utrzymaniu w porządku a potem w Fabryce Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego produkującej żywność na front.
    Tam mama nauczyła się konserwować ogórki i robić wino z winogron. Tato pracował " u bałera" razem z Serbem, dla którego był "bratkiem".
    Mama nigdy nie powiedziała złego słowa na Niemców, może dlatego, że szybko nauczyła się podstawowych słów po niemiecku i awansowała do pracy biurowej. Majster mamę zapraszał do siebie do domu na obiady w niedzielę. Z tatą poznali się w obozie jenieckim w Lansthulu, gdzie w 1946 r wzięli ślub.
    Byli namawiani do wyjazdu do Francji, Ameryki i Australii. Ale ojciec patriota uparł się, że wrócą do Polski. I wrócili. Gdy pociąg mijał granicę czechosłowacko-polską i biedne dzieci biegły za pociągiem by rzucić im kawałek chleba mama już wiedziała jaki popełnili błąd. Trafili do Bielawy, dokąd ściągnął ich przez PCK brat mamy, który wyjechał z Lwowa bo niechciał mieć nic wspólnego z "ruskimi' a w Bielawie sprawował funkcje osadnika.
    W 1956 r mama postanowiła odwiedzić swoje rodzinne strony i pojechała do Lwowa. Gdy poszła na targ by sprzedać jakieś towary by mieć trochę rubli na kupienie prezentów dla nas od razu zwinął ja NKWD-zista, wszystko zabrał i pożegnał mamę zwrotem: (napiszę fonetycznie) Ne nrawitsa, piszi w Moskwu (nie podoba się to pisz do Moskwy). Gdy mama miała wracać do Polski to w kraju wybuchły protesty nazwane później -
    Poznań 1956. Na granicę ukraińsko-polską przez cały dzień i noc jechały czołgi by zrobić z Polakami porządek.
    W końcu udało się mamie szczęśliwie wrócić do Bielawy.
    I gdy tylko trafiały się trudne chwile w utrzymaniu naszej rodziny a było nas trójka dzieci (siostra studiowała a zaraz ja) mama zawsze " błogosławiła" tatę słowami : "Mogliśmy mieszkać we Francji, mogliśmy być w Kanadzie a ty ciagnęłeś do Polski. To jest twoja wina, że jest nam tak ciężko".

    pozdrawiam właściciela bloga
    Jurek

    OdpowiedzUsuń
  2. Mojego ojca młodszy brat został w Niemczech. Z dalszej rodziny też została jedna osoba i potem przeniosła się do Anglii. Ja o rosyjskim wojsku napisałem bardzo łagodnie, ale, choć były wyjątki to raczej tych żołnierzy należałoby określać mianem żołdaków. Mam na to wiele przykładów, jednak zbyt drastycznych, żeby je opisywać. Chyba największe wyobrażenie o ruskim wojsku mamy po "Czterech pancernych...", ale to tak nie było i nawet kombatanci protestowali w kwestii tej wojennej "ballady".

    OdpowiedzUsuń
  3. Też kiedyś trzeba będzie pozapisywać to i owo, co się pamięta z opowieści starszych, choć oni już dawno po drugiej stronie brykają.
    Brat dziadka jako poborowy dwa lata odsłużył na granicy sowieckiej, zdemobilizowany wiosną 39, ponownie zmobilizowany jakieś dwa-trzy miesiące później, walczył na pomorzu, rozpływał się w zachwytach nad polskim lekkim działkiem, z którego utłukli sporo niemieckich czołgów, z braku amunicji działko zatopili gdzieś w bagnach. Po rozbiciu swoje jednostki tułał się jakiś czas, z tego okresu jego opowieści pamiętam że "nic tak nie śmierdzi jak ludzka padlina". Dostał się do niewoli, jakiś jeden stalag, drugi, rzuciło go w końcu do bauera na Bawarii, potem jakimś zrządzeniem losu trafił do obozu, po wyzwoleniu przez Amerykanów był zmuszony przez walki z wehrwolfem i stałe zagrożenie do wstąpienia do armi amerykańskiej. Na koniec zdecydował się powrócić do Polski, do matki. Po powrocie od razu zwinęli go jako elementa wywrotowego i jakimś cudem skończyło się na dwóch latach robót przy odbudowie Warszawy. Miał co opowiadać, oj miał, przy jego przygodach (walki, szpiedzy, kobiety, rozstrzeliwania, ucieczki, handel, cudowne uratowania, rozstania i niewiarygodne spotkania) każdy scenariusz sensacyjnego filmu wojennego blednie. Kiedyś trzeba się będzie wziąć, zawziąć i zacząć pisać ;)
    Pozdrawiam, TA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, a dziadek miał jeszcze 5 braci, a każdy z nich i on sam losy miał równie burzliwe, choć skrajnie odmienne. Oj, fajnie by było kiedyś to wszystko zebrać i przelać na papier.
      TA

      Usuń
    2. To trzeba zacząć pisać, dopóki jeszcze jest coś w pamięci! Z autopsji wiem, że jak się rozkręci pisanie, to potem całkiem dobrze idzie. Mówił mi kolega z Łodzi, który też "pisał", że w trakcie pisania w zadziwiający sposób otwierają się szufladki z pamięcią. Trudno było mi w to uwierzyć, ale faktycznie to prawda. Dobrze jest też poczytać stare listy, posłuchać starszych ludzi, popatrzeć na zdjecia i pamiątki a refleksje przychodzą same. Jeszcze raz zachęcam.

      Usuń
  4. Quality articles is the main to interest the visitors to pay a quick visit
    the web page, that's what this site is providing.


    Feel free to surf to my blog post :: kolektory próżniowe

    OdpowiedzUsuń